Nikon D200
środa, 30 stycznia 2008 22:27    Drukuj

nik-d-200

Idea konstrukcji

Ogromna luka pomiędzy świetnym amatorskim D70, a równie udanym i cenionym profesjonalnym D2x oraz jego braćmi D2H i D2HS przez długi czas powodowała, że użytkownikom Nikonów brakowało zaawansowanej cyfrówki godnej ambitnego i wymagającego fotoamatora. Zmuszeni oni byli korzystać ze sprzętu typowo amatorskiego, albo wyłożyć duże pieniądze na D2x, ewentualnie częściowo zdradzić Nikona kupując aparat w rodzaju Fuji S2/S3 Pro. Byli też tacy, którzy zniechęceni długim oczekiwaniem na wyrafinowaną lustrzankę, decydowali się na zakup Canona EOS 20D albo Koniki Minolty Dynax 7D. Jednak wszystkie te nerwowe działania ustały jesienią zeszłego roku, gdy wyszło na jaw, że od dawna oczekiwany i pożądany aparat pojawi się w najbliższych tygodniach. Wypadało już tylko czekać, urozmaicając sobie czas czytaniem w Internecie mniej lub bardziej prawdziwych, a pochodzących z różnych przecieków informacji o nowej lustrzance.

Gdy wreszcie aparat objawił się, od razu został okrzyknięty „cyfrowym F100” i to nie przez slogany reklamowe Nikona, a przez użytkowników sprzętu tej firmy. I nie można się tej opinii dziwić, gdyż D200 pod względem możliwości spozycjonowano wysoko, według niektórych dość ryzykownie, bo stosunkowo blisko modelu D2x. Przy tym kosztuje on naprawdę niedużo – 2.5 raza mniej niż D2x, 1.5 raza mniej niż najsilniejszy rynkowy konkurent, Canon EOS 5D oraz – co bardzo ciekawe – tyle samo co położony „o półkę niżej” Nikon D70 z podstawowym obiektywem na początku swojej rynkowej kariery.

Aparat od zewnątrz, czyli (prawie) same plusy

D200 sprawia wrażenie znacznie cięższego od D70, choć przy pracy masa większa o ponad 200 gramów przestaje być zauważalna. Ciekawe, że jednocześnie taka sama różnica ciężaru pomiędzy D200 a D2x jest odczuwalna w znacznie mniejszym stopniu – to oczywiście zaleta wspaniałej ergonomii D2x. Ale i D200 nie ma się czego wstydzić. Korpus w znacznej części, tak jak w modelach profesjonalnych, pokryty został identyczną, antypoślizgową i niemal klejącą się do rąk gumą, a uchwyt jest tak samo dobrze – jeśli nie lepiej – wyprofilowany. Przyciski są nieco tylko mniejsze, ale w rękawiczkach nie obsługuje się ich już tak łatwo. Dotyczy to zwłaszcza tych umieszczonych w górnej części tylnej ścianki, gdyż nie uwypuklono ich tak, jak u profesjonalnych braci. Zestaw funkcji zmienianych bez konieczności zaglądania do menu jest jednak taki sam i nie ma już mowy o tym, by – tak jak ma to miejsce w D70 czy D50 – chować tam choćby funkcje autofokusa.

Jednak „klawiszologia” D200 została opracowana na nowo, a to za przyczyną braku pokrętła automatyk naświetlania, znanego z modeli amatorskich i dodatkowego wyświetlacza, obecnego zarówno w tych profesjonalnych, jak też choćby w lustrzankach Fuji, czy Kodaka. Powodem była też z pewnością chęć zmieszczenia dużego, 2.5-calowego monitora, którego wielkość robi spore wrażenie, choć nie tak silne, jak w znacznie mniejszych aparatach w rodzaju Koniki Minolty Dynax 5D. Duży monitor oznacza brak miejsca na dodatkowy wyświetlacz i przyciski służące do obsługi funkcji „cyfrowych”, stąd ich sterowanie powierzono klawiszom na górze aparatu i ogromnemu, większemu niż w D2x, wyświetlaczowi na górnej pokrywie. Ma to swoje dobre strony, gdyż całość informacji o funkcjach sterowanych klawiszami (i nie tylko) znajduje się w jednym miejscu.

alt

Tylna ścianka to królestwo 2.5-calowego monitora, stąd nie dziwi brak dodatkowego wyświetlacza funkcji „cyfrowych”, znanego z profesjonalnych Nikonów. Dobrze jednak że mamy tu brakującą modelom amatorskim dźwigienkę dynamicznego autofokusa. Jest też znany z F80 i D100, bardzo nie lubiany, obrotowy przełącznik sposobu pomiaru światła. Pozory jednak mylą! Obecna jego wersja ma bardzo ostre moletowanie i stosunkowo nieduże opory ruchu, więc bez problemu daje się obracać bokiem kciuka. Zauważyć warto, że wszystkie przyciski po lewej stronie monitora obsługują tylko i wyłącznie tryb odtwarzania zdjęć i oznaczone są na żółto w odróżnieniu od białych symboli na klawiszach trybu fotografowania.

Górę aparatu zajmuje wyjątkowo duży wyświetlacz, a po lewej stronie pryzmatu umieszczono zespół trzech klawiszy funkcji „cyfrowych”: rozdzielczości/kompresji, balansu bieli i czułości matrycy CCD. Pod nimi znajdziemy tradycyjne pokrętło funkcji „przesuwu filmu”, jak zwykle wymagające odblokowania przyciskiem.


alt

Tak dużego górnego wyświetlacza mogą D200 pozazdrościć nawet profesjonalne Nikony.

Gniazdo kart pamięci przeniesiono na prawą stronę aparatu, a do otwierania zasłaniających go drzwiczek służy – nieznana starszym Nikonom – dźwigienka. To rozwiązanie nie jest tak wygodne, jak te w pozostałych lustrzankach używających kart CompactFlash (CF). Tam wyjęcie lub włożenie karty było szybsze i łatwiejsze, choć wielu narzekało, że umieszczone pod kciukiem drzwiczki w D70 uginają się, czy wręcz skrzypią podczas fotografowania. Jednak przyznać należy, że nowy sposób jest dobrym kompromisem, pozwalającym uniknąć tej niedogodności przy jednoczesnym braku konieczności konstruowania drzwiczek tak pancernych, jak w D2x.

I to właściwie koniec złych wiadomości dotyczących ergonomii D200. Pozostała jeszcze przyjemność opisania wnętrza wizjera, który jest wydaje się wyjątkowo jasny, zwłaszcza dotychczasowym użytkownikom Nikona D70. Tu nie ma już mowy o obrazie oglądanym jako „światełko w tunelu”, gdyż powiększenie kadru wynosi aż 0.94x, a nie 0.75x. Warto tu wspomnieć, że profesjonalne Nikony powiększają obraz jedynie 0.86x, z tym, że należy pamiętać, że w ich celownikach widać 100% pola kadru, a nie 90 % (po 95% w pionie i w poziomie), jak to ma miejsce w D200. W D200 nie ma też bocznego wyświetlacza, a więc kadr może zajmować większą część pola widzenia. Bocznego wyświetlacza brak, ale na dolny udało się wcisnąć nawet pożądany przez wielu wskaźnik włączonej czułości matrycy. Natomiast pomysłem ściągniętym z D70s i D50 są wyświetlane na tle matówki wskaźniki znacznego wyczerpania się akumulatora, braku karty pamięci oraz nowy: włączenia trybu zdjęć czarno-białych. Na tle niewymiennej matówki można też wyświetlić kratę, znaną od czasów Nikona F80.

Te dwa ostatnie rozwiązania nawiązują do modeli amatorskich i nic w tym złego, lecz problem w tym, że w D200 zapożyczono też trzecie, już mniej ciekawe. Jest nim sposób podświetlania w ciemności pól autofokusa, polegający na oświetlaniu matówki płasko rzuconą wiązką czerwonego światła. Niektórym rozbłyskiwanie wszystkich znaczków na matówce oraz spadek kontrastu oglądanego obrazu nie przeszkadza, ale ci, którym było dane fotografować aparatami, gdzie świecą same oznaczenia sensorów autofokusa, mogą narzekać. Ciekawe, że innym producentom udało się zastosować to lepsze rozwiązanie w lustrzankach wszystkich klas, a Nikon udostępnia je tylko posiadaczom modeli profesjonalnych.

Pod względem odgłosów pracy D200 jest wyraźnie cichszy od D2x, a przy tym dźwięk przy wykonywaniu zdjęcia jest znacznie „łagodniejszy”. Jednak w żadnym razie aparatu nazwać bardzo cichym nie można, a przyczyną jest przede wszystkim charakterystyczny dla wszystkich lustrzanek Nikona głośny mechanizm sterowania przysłoną. Słychać jednak, że i tu coś się zmienia, gdyż w D200 otwieraniu przysłony towarzyszy króciutkie „warknięcie”, podobne do bardzo szybkiego przesuwu filmu. Sugeruje ono obecność nowego, napędzanego silnikiem mechanizmu otwierającego, bądź tylko przyśpieszającego otwieranie przysłony. Dotychczas Nikon nie pochwalił się oficjalnie tym usprawnieniem. „W temacie” deklaruje jedynie krótki czas zaniku obrazu w wizjerze: 105 ms, a z innych parametrów czasowych – opóźnienie wyzwolenia migawki 50 ms (to nieco gorzej niż w D2x) i czas gotowości do fotografowania po włączeniu równy 0.15 s.

alt

alt

Serce aparatu, czyli matryca CCD

Tak, CCD a nie CMOS, choć po premierze D2x wielu spodziewało że CCD w bardziej wyrafinowanych lustrzankach Nikona już nie ujrzymy. Matryca dysponuje ponad 10 milionami pikseli, a jej rozmiary to 23.6 x 15.8 mm, czyli nikonowski format DX charakteryzujący się „współczynnikiem kadrowania” o wartości 1.5. Rozdzielczość jest nieco mniejsza niż w przypadku D2x, ale do D200 przeniesiono ważne elementy przesyłu i obróbki danych: czterokanałową transmisję danych z matrycy, analizę barw jeszcze przed konwersją analogowo-cyfrową oraz wydajny procesor LSI, gwarantujący szybkie przetworzenie sporej ilości informacji. Potencjał jest więc wysoki, ale znacznie ważniejsze jest, jak aparat go wykorzystuje. Ze swoją maksymalną rozdzielczością wynoszącą 3872 x 2592 piksele powinien teoretycznie dawać możliwość wykonywania powiększeń 33 x 22 cm (dla 300 dpi), a z praktyki wyniesionej z zachowania dotychczas produkowanych lustrzanek cyfrowych wiadomo, że za pomocą odpowiedniego wyostrzenia można by powierzchnię tych odbitek jeszcze dwukrotnie powiększyć. Tak też się dzieje: format powiększeń rzędu 30 x 45 cm jest osiągalny bez większych kłopotów, a kłopotem „mniejszym” jest konieczność dość silnego doostrzenia zdjęć. Ci wszyscy, którzy wczytali się w katalog Nikona D200, znają już powód: obecność „nowo opracowanego optycznego filtra dolnoprzepustowego, który pomaga zapobiegać efektowi mory, powstawaniu kolorowych obwódek i zniekształcaniu barw”. Ta innowacja to z pewnością efekt działań nie tyle dużej, co głośnej grupy użytkowników Nikona D70, skarżących się często pojawiającą się na zdjęciach morę, czyli będące wynikiem interferencji barwne pasy na obszarach zdjęć obejmujących bardzo drobny, powtarzający się wzór: fakturę materiału, żaluzje itp. Filtr dolnoprzepustowy zapobiega powstawaniu mory, ale też zmniejsza ostrość zdjęcia, które później wymagają dodatkowego doostrzenia. Operację tę można przeprowadzić już z poziomu aparatu, ale lepiej powierzyć ją bardziej wyrafinowanym algorytmom edytora zdjęć.

Oczywiście wspomniany format odbitek rzędu A3 to nie maksimum możliwości aparatu, a jedynie górny poziom tego, co można osiągnąć wprost z niego. Nie ma bowiem problemu z wykonaniem powiększeń choćby i 100 x 70 cm, ale w takim przypadku niech aparat zarejestruje nam jedynie obraz w postaci pliku RAW, a jego obróbkę przeprowadźmy już w komputerze.

D200 pod względem formatów zapisu zdjęć nieco ustępuje modelom profesjonalnym, gdyż brakuje mu opcji TIFF. JPEG może mieć jedną z trzech rozdzielczości: 3872 x 2592, 2896 x 1944 i 1936 x 1296 pikseli, co odpowiada 10, 5.6 i 2.5 milionom pikseli oraz jeden z trzech stopni kompresji. Pliki NEF, czyli nikonowski RAW, mogą być kompresowane lub nie, a dodać można do nich JPEG z dowolnie dobraną rozdzielczością i kompresją.

Modny temat, czyli szumy

W testach aparatów coraz więcej uwagi poświęca się szumom. O pierwszy ich rodzaj, czyli jasne punkty pojawiające się na zdjęciach wyjątkowo długo naświetlanych, w przypadku D200 nie musimy się martwić. Układ ich redukcji włącza się co prawda dopiero przy czasach ekspozycji dłuższych niż 8 s, ale nawet jeśli zapomnimy go aktywować, to i przy 30 s oraz czułości matrycy Hi-1 (ISO 3200) szumów tych nie ujrzymy.

alt

alt

Szumy drugiego typu, czyli „szumy wysokich czułości”, albo inaczej mówiąc „cyfrowe ziarno”, są już dla D200 wyraźniejszym problemem. Nie występuje on co prawda przy niskich czułościach matrycy, o których pisząc nie można zapomnieć o pochwaleniu konstruktorów aparatu za wprowadzanie zupełnie bezszumowej czułości ISO 100. Ewentualne kłopoty mogą pojawić się przy czułościach „reporterskich”, czyli ISO 800 i wyższych. Przy nich warto się już zastanowić nad włączeniem układu ich redukcji, który rozwinięto bardziej niż we flagowym D2x, gdyż oprócz pozycji „Off”, „Normal” i „High” dodano jeszcze bowiem słabszą redukcję „Low”. Jednak, o ile w przypadku D2x działanie redukcji przy poszczególnych ustawieniach było szczegółowo opisane, o tyle instrukcja D200 traktuje ten temat bardzo pobieżnie. Z przeprowadzonych testów wynika, że do czułości ISO 200 redukcja nie aktywuje się bez względu na wybrane jej ustawienie. Przy ISO 400 redukcja działa świetnie, czyli niezależnie od jej ustawienia niewiele pogarsza ostrość, stąd pozycja „High” jest tu dopuszczona do użytku. ISO 800 wymaga już włączenia redukcji, a optimum to „Norm”, gdyż „High” zbytnio obniża ostrość, choć szumy zdejmuje całkowicie. Analogiczne sytuacja wygląda przy ISO 1600, choć ostrość jest już wyraźnie obniżona, nawet przy słabej redukcji szumów. Najwyższa czułość, czyli ISO 3200, to już wartość „ponadnormatywna”, deklarowana jako Hi-1. Używać jej należy właściwie tylko „w razie wyższej konieczności”, choć sytuacja jest znacznie lepsza niż w przypadku Nikona D2x. Jeśli przy tym zdjęć nie będziemy zbytnio powiększać, to może się okazać, że szumy wcale tak bardzo nie przeszkadzają. W każdym jednak przypadku, gdy zależy nam na dokładnym wyeliminowaniu szumów, zróbmy to „na spokojnie” w komputerze, korzystając z programu odszumiającego w rodzaju Neat Image, czy Noise Ninja. Uzyskane efekty będą znacznie lepsze niż to, co potrafi stworzyć D200, nawet gdy owe programy będą pracować w trybach automatycznych, bez naszego precyzyjnego dostrojenia.

alt

Jednak prawdę powiedziawszy szumy na zdjęciach z D200 nikogo nie powinny przerażać. Nie są co prawda tak samo niskie jak choćby w Canonie EOS 5D, ale ich charakterystyka powoduje, że są bardzo słabo widoczne: mają typowy dla Nikonów charakter ziarna, a nie różnokolorowych plamek. Te można zobaczyć ewentualnie jedynie przy ISO 3200 i to tylko na ciemniejszych szarościach i czerniach. Zamieszczone obok zdjęcia pokazują szumy występujące przy newralgicznych czułościach ISO 800 i ISO 1600 na zdjęciach wykonanych Nikonami D70, D200 i D2x.

Inne „cyfrowe” cechy aparatu

W D200 system balansu bieli zubożono w stosunku do modeli profesjonalnych o czujnik barwy oświetlenia padającego na aparat, co wbrew oczekiwaniom polepszyło efekty zdjęciowe. Teraz przy balansie automatycznym nie ma już mowy o brudnozielonych barwach pochodzących z kompaktowych świetlówek, a zastąpiły je znacznie przyjemniejsze dla oka ciepłe żółcie. Żadnych problemów nie ma przy świetlówkach klasycznych, ale znowu przy żarówkach kolory są wyraźnie zbyt ciepłe. W sumie jednak sytuacja jest lepsza niż w D2x, a w przypadku pewnych niedokładności działania automatu możliwości wprowadzenia poprawek są takie same, jak i tam. Mamy bowiem dostępny ten sam spory komplet ustawień predefiniowanych balansu bieli, korekcję bieli, dopasowanie barw do założonej temperatury barwowej światła w zakresie 2500-10000 K, autobraketing bieli oraz tryb ustawiania bieli według wzorca z aż pięcioma schowkami dla zapamiętania wybranych wartości. 

altTo jeszcze nie koniec schowków – do dyspozycji są jeszcze cztery inne do zapamiętania zestawów ustawień z menu fotografowania i tyle samo dla kompletów ustawień funkcji Custom. Nie brakuje też znanej z D2x zakładki „Recent Settings” (Ostatnie Ustawienia) pokazującej ostatnich 14 ustawianych funkcji. Pomaga to uniknąć pomyłek przy częstym zmienianiu parametrów fotografowania i usprawnia powrót do poprzednich ustawień.

W D200 zdecydowano się wydzielić w menu rozdział „Optimize Image” (optymalizacja parametrów obrazu), dzięki czemu można było liczbę opcji podwyższyć do poziomu nieznanego pozostałym modelom Nikona. Zawarto tu bowiem zarówno znane z lustrzanek amatorskich komplety ustawień predefiniowanych (Portret, Zmiękczenie, Żywe barwy) uzupełnione o „Żywe barwy +”, nową pozycję „Zdjęcia czarno-białe” (niestety bez filtrów i tonowania) oraz zakładkę dla wymagających fotografów „Custom”, gdzie ręcznie wybiera się tryb barw, nasycenie kolorów, kontrast, stopień wyostrzenia zdjęć i odcień. Oddzielnie ustawia się przestrzeń barw sRGB albo AdobeRGB, a dobór do nich trybu barw I (zasadniczo do portretu), II (zdjęcia do obróbki komputerowej), III (zasadniczo do zdjęć krajobrazowych) wygląda tak jak w modelach profesjonalnych, czyli w AdobeRGB oprócz II można też wybrać tryby I i III.

Oprócz wielokrotnej ekspozycji D200 oferuje też znaną już z D2x funkcję Image Overlay, czyli łączenie dwóch obrazów przy zachowaniu oryginałów. Z funkcji „cyfrowych” aparatowi brakuje jednak możliwości dodania do zdjęcia notatki dźwiękowej.

alt

 

Funkcje tradycyjne – jak zwykle bogato

To przecież Nikon, więc od liczby opcji może niektórym zakręcić się w głowie, zwłaszcza że w tej dziedzinie D200 znacznie bliżej jest do D2x niż do D70. Jednak na przykład pomiar światła zaprojektowano na wzór tego co znamy z modeli amatorskich, czyli zarówno w przypadku światła zastanego, jak i błyskowego obciążono nim wyłącznie 1005-segmentowy czujnik RGB umieszczony przy pryzmacie pentagonalnym. W ten sposób uniknięto kosztownego dodatkowego sensora do pomiaru przedbłysków i błysku w komorze lustra znanego z D2x, D2H i D2HS, ale utracono możliwość współpracy w trybie TTL ze starszymi lampami błyskowymi. Tak więc trzeba używać fleszy dostosowanych do systemu i-TTL, czyli SB-800, SB-600, albo też lampy wbudowanej. Widać że i Nikon dorósł do tego, by wyposażać we flesze także wysoko zaawansowane modele lustrzanek. Powodem jest z pewnością nie tylko chęć zapewnienia fotografującemu dodatkowego / awaryjnego źródła światła, ale też umożliwienie zdalnego wyzwalania zewnętrznych lamp bez konieczności korzystania z SB-800, czy specjalnego sterownika. Zwłaszcza, że do systemu CLS (Creative Lighting System) doszedł prezentowany obok bardzo ciekawy, sterowany bezprzewodowo modułowy zestaw składający się z lamp SB-R200 i bogatego osprzętu.

altFotografując D200, zwracajmy uwagę w co celuje aktywny punkt autofokusa: jeśli w jasny obiekt, to zdjęcie może zostać niedoświetlone, a jeśli w ciemny, to prześwietlone. Jednak w tym akurat wypadku niedoświetlenie lewego zdjęcia pozwoliło zachować szczegóły w najjaśniejszych fragmentach nieba, a w „ładniej” naświetlonym prawym zostały one utracone. Bywa i tak.

Pomiar błysku sprawia w niektórych przypadkach wrażenie nieco przeprojektowanego w stosunku do i-TTLa znanego z poprzednich Nikonów. Nie zdarza mu się takie niedoświetlenie jak w D70 oraz zauważalna jest większa niż choćby w D2x różnica ekspozycji pomiędzy „zwykłym” i-TTL, a opcją „Balanced”, starającą się zrównoważyć oświetlenie zastane i błysk. W sumie efekty są lepsze, choć docenią to przede wszystkim ci, którzy żądają dobrze naświetlonego zdjęcia wprost z aparatu. Wszyscy natomiast ucieszą się z możliwości synchronizacji błysku z dowolnym czasem naświetlania (tryb FP) oraz stosunkowo krótkiego najkrótszego czasu synchronizacji pojedynczego błysku, wynoszącego 1/250 s. Mamy też do dyspozycji pełen komplet trybów współpracy z aparatem, w tym Slow Sync, synchronizację z końcem ekspozycji, redukcję efektu „czerwonych oczu”, korekcję siły błysku oraz regulację najdłuższego czasu synchronizacji w automatykach P i A, gdy pracujemy w standardowym trybie błysku.
Pomiar światła zastanego, który – przypomnę – również dokonywany jest 1005-polowym czujnikiem RGB, odbywa się w systemie 3D Color Matrix, tu w najnowszej wersji II. Możliwy jest też pomiar centralnie ważony i pomiar punktowy (2 %) sprzężony z aktywnym polem autofokusa. Pole uwypuklenia pomiaru przy pomiarze centralnie ważonym można regulować w zakresie 6-13 mm albo uwypuklenie zupełnie wyłączyć. Dobór ekspozycji przez D200 jest przeważnie dokładny, choć przy jasnych motywach aparat lubi płatać figle i niedoświetlać. Warto też pamiętać, że przy tym doborze zwracana jest szczególna uwaga na jasność kadru w pobliżu aktywnego pola autofokusa. Nie jest to aż tak determinujące dla uzyskanych efektów jak w lustrzankach Canona, ale pominięcie tego faktu podczas fotografowania może być powodem drobnych błędów ekspozycji. Pomocą w prawidłowym naświetleniu może być funkcja korekcji o szerokim, typowym dla Nikonów zakresie +/– 5 EV, autobraketing (do 9 klatek) oraz niezależna od korekcji opcja precyzyjnego dostrojenia światłomierza do własnych upodobań, do tego regulowanego oddzielnie dla każdego sposobu pomiaru.

alt

Samochody jadące z prędkością około 100 km/h sprawiły więcej problemów układowi pomiaru światła niż autofokusowi muszącemu się nieźle wykazać przy 5 klatkach/s, choć pomocą był mu szybki napęd AF nikonowskiego zooma 70-200 mm f/2.8. Zdjęcia te nie były tknięte Photoshopem, więc ostrość jest oryginalna (poziom „0”).

alt

Bardzo wyrafinowanym, a przydatnym nie tylko przy zdjęciach makro akcesorium zaprezentowanym razem z D200, jest modułowy, wieloelementowy zestaw bezprzewodowo sterowanych niewielkich fleszy i osprzętu: pierścieni mocujących, rozpraszaczy, filtrów itp. Sterownikiem systemu może być wbudowana lampa cyfrowej lustrzanki (oprócz D50), flesz SB-800 albo widoczny na jednym ze zdjęć specjalny sterownik.

Automatyki naświetlania to standardowy dla profesjonalnych aparatów zestaw: program z shiftem, automatyki z preselekcją przysłony i czasu naświetlania oraz tryb ręczny. Program jest niestety nadal tak prymitywny jak w innych zaawansowanych lustrzankach Nikona, gdyż bazuje tylko na jednej linii. Za to shift oraz wartości czasu naświetlania, przysłony i korekcji ekspozycji możemy zmieniać co 1/3, 1/2 albo co 1 EV, w zależności od upodobań.

Autofokus w D200 reprezentuje bardzo wysoki poziom zaawansowania. Dotyczy to zarówno parametrów „katalogowych”: liczby sensorów, zakresu działania, elastyczności w dopasowaniu się do potrzeb użytkownika, jak i sprawności w działaniu. Wykorzystuje on sensor Multi-CAM 1000 z 11 czujnikami rozłożonymi jednak nieco inaczej niż w Multi-CAM 2000 znanym z D2x, D2H i D2HS. Zmiana ta ułatwiła zaprojektowanie funkcji „poszerzania” sensorów. W opcji Wide trzy sensory z pionowej, centralnej linii oraz boczne skrajne zwiększają swoje rozmiary, tak jak to miało miejsce w niektórych dawnych Nikonach z szerokim i wąskim pojedynczym polem AF. Natomiast boczne sensory bliższe centrum kadru łączą się w dwie pionowe grupy. Zmiana na minus, to obecność tylko jednego czujnika krzyżowego. Nie brakuje natomiast znanych z profesjonalnych modeli opcji wyboru priorytetu ostrości albo wyzwolenia migawki zarówno w trybie AF-S (ustawienie ostrości z zablokowaniem) i AF-C (ustawianie ciągłe), a przy zdjęciach seryjnych także pośredniej wersji zmniejszania częstości zdjęć seryjnych dla ułatwienia autofokusowi pracy w trudnych warunkach oświetleniowych. Możemy oczywiście korzystać ze znanego już od dawna zestawu czterech trybów wyboru pola AF: pole pojedyncze, dynamiczny wybór sensora spośród wszystkich albo tylko wyznaczonej grupy, automatyczny wybór z priorytetem pierwszego planu.

alt

Automatyka ustawiania ostrości dobrze daje sobie radę przy słabym świetle i nic dziwnego, w końcu dolny próg działania na poziomie -1 EV do czegoś zobowiązuje. Nawiązaniem do modeli amatorskich jest obecność białego reflektorka wspomagającego autofokus. Oczywiście można go wyłączyć i korzystać z reflektorka dedykowanego flesza zewnętrznego. Dokładność ogniskowania w zasadzie nie daje podstaw do zarzutów, choć przyznać muszę, że podczas testu w plenerze zdarzyło się kilka ujęć z ewidentnym „front focusem” i „back focusem” (ostrość ustawiona przed i za obiektem). Jednak w warunkach studyjnych aparat wyposażony w ten sam firmowy zoom 70-200 mm f/2.8 błędów tych nie powtarzał, ani przy korzystaniu z centralnego, ani z bocznych sensorów AF. D200 dobrze też dawał sobie radę z poruszającymi się szybko obiektami, co udowadniają zamieszczone obok zdjęcia. Na wykonanych kilkanaście takich serii, w kilku widać było że aparat na jedną klatkę stracił ostrość, ale przy następnej już „doganiał” obiekt. Poziom jakości AF-C nie więc jest tak wysoki jak u profesjonalnych braci, zwłaszcza że oni dają sobie radę przy częstości 8 klatek/s, a nie 5 klatek/s, dostępnej w D200.

Nikon D200

-zalety

• wysoka rozdzielczość
• pojemny bufor i bardzo szybki transfer danych
na kartę pamięci
• świetna ergonomia
• szerokie możliwości „customizacji” funkcji aparatu
• bardzo zachęcająca cena

wady

• kłopoty z automatycznym balansem bieli w sztucznym świetle
• stosunkowo mało komfortowa wersja
podświetlania pól autofokusa
• niemożność zapisu plików w formacie TIFF
• brak opcji notatek dźwiękowych do zdjęć

No właśnie, zdjęcia seryjne. Owo 5 klatek/s to wynik całkiem niezły, jednak kto choć raz zasmakował w 8 klatkach/s, to szybko tego nie zapomni. Jednak w cyfrowych lustrzankach oprócz prędkości liczy się także maksymalna możliwa długość serii zdjęć oraz czas jej przerzucenia z bufora na kartę pamięci. Bufor D200 jest duży, według danych producenta potrafi zmieścić 22 nieskompresowanych plików RAW, każdy liczący około 16 MB, liczone w dziesiątki pliki JPEG albo 19 zestawów RAW + JPEG.

alt

altPod dwoma gumowymi klapkami z boku korpusu umieszczono gniazdo USB 2.0 (High-Speed), wyjście wideo oraz gniazdo zasilacza sieciowego EH-6. Powyżej widać osłonięte gniazdo synchronizacji fleszy studyjnych.

Mamy więc pewność, że tej długości serie będziemy mogli wykonać, a ewentualnym problemem może się tylko okazać konieczność długotrwałego oczekiwania na opróżnienie bufora. Jednak i tu sytuacja wygląda bardzo dobrze. Nikon nie chwali się tym, ale najprawdopodobniej w D200 skorzystano z wprowadzonej rok temu nowej wersji (3.0) standardu obsługi kart CompactFlash, używającej bardzo szybkiego trybu transferu danych PIO Mode 5. Stąd przesył plików osiąga przy plikach RAW nawet 7 MB/s, choć wymagana jest do tego karta pamięci, która również potrafi korzystać z PIO Mode 5. Ale nawet jeśli jej nie użyjemy, to wyniki też wcale nie są złe: około 5-5.5 MB/s przy RAWach i 4-4.5 MB/s przy JPEGach uzyskać możemy korzystając z karty Kingston Elite Pro, ale nawet standardowe, tanie karty sprawiają się lepiej niż w innych lustrzankach. I tylko najwolniejsze z nich mogą nie osiągnąć 1.5 MB/s.

Warto było na niego poczekać, prawda?

D200 to aparat, który świetnie wpasował się w segment lustrzanek dla zaawansowanych amatorów oraz profesjonalistów i na pewno jest wspaniałym narzędziem pracy dla każdej z tych grup użytkowników. Wszyscy docenią silne jego związki z modelem D2x, a pewne oszczędnościowe rozwiązania nie bardzo zakłócą komfort fotografowania. Zresztą gdy aparat kosztuje tak niedużo, to można by przymknąć oko na znacznie więcej – a tu nie ma takiej potrzeby. Wszystko na to wskazuje, że D200 będzie takim samym przebojem rynkowym jak półtora roku wcześniej D70. Świadczy o tym nie tylko ogromne zainteresowanie, ale – co znacznie istotniejsze – „wysysanie” ze sklepów każdego dostępnego egzemplarza, zapisy na ten aparat i rozlosowywanie niedostatecznie dużych dostaw pomiędzy oczekujących. Dla wielu nikoniarzy D200 jest spełnieniem marzeń, a z pewnością sięgną po niego także ci nie zdecydowani jeszcze na konkretny system lustrzanek. O tym zadecyduje jednak najbliższa przyszłość, a więc targi PMA i jesienna Photokina które „bardzo być może” zaowocują kilkoma ciekawymi konstrukcjami w tej klasie sprzętu.

altAkumulator niby taki sam jak dawniej, a jednak inny. Stosowany w D200 akumulator EN-EL3e ma bowiem dodatkowy styk służący wewnętrznej pamięci do przekazywania aparatowi informacji o wykonanej od ładowania liczbie zdjęć, poziomie energii i „ogólnym stanie zdrowia”, czyli stopniu zużycia. Akumulator ten może być używany w starszych lustrzankach, a więc D100, D70(s) i D50, ale przeznaczone do nich akumulatory EN-EL3 i EN-EL3a nie współpracują z D200. D200 jest nieco tylko bardziej prądożerny niż modele amatorskie, ale przy pierwszym spotkaniu może dawnym użytkownikom D70, czy D50 sprawić niemiłą niespodziankę, już po kilkudziesięciu zdjęciach sygnalizując spadek napięcia. Nie należy się jednak tym przejmować, gdyż wskaźnik zużycia energii jest znacznie bardziej liniowy niż w D70, gdzie dopiero zużycie 80 % energii powodowało pojawienie się wskazania „3/4”.

 

 

Roman Zabawa

Źródło: foto 01/2006


Aparat do testu wypożyczyła firma Nikon Polska.

Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
Joomla Templates and Joomla Extensions by JoomlaVision.Com

( 0 Votes )